30 czerwca /wtorek/
Wyniki mi się trochę poprawiły. Mam już 4300 leukocytów, w tym 2500 granulocytów. Ale niestety są też niezbyt dobre wieści. Byliśmy z tatusiem na specjalistycznym badaniu słuchu, musiałam spać całą godzinę i lekarze sprawdzali jak moje ucho przewodzi sygnały do mózgu i niestety wygląda na to że bardzo bardzo słabo słyszę. Właściwie jedno ucho nadaje się do wszczepienia implantu a drugie może da się ratować przez aparat. Nic nie rozumiem o co chodzi... a przecież gadam trochę z rodzicami i
pokazuję kotka jak mnie mamusia zapyta i daję buziaka jak tatuś poprosi, ale przecież te nowoczesne aparaty się nie mylą. Do tego moje uszy nie wyglądają za dobrze, wciąż się nie do końca zagoiły i wciąż jest większe niebezpieczeństwo, że wda się tam jakaś infekcja, musimy więc bardzo
uważać, jak z resztą ostatnio nieustająco... Będziemy mieć jeszcze jedno spotkanie z bardzo znanym panem doktorem od uszków z tej nowej kliniki, żeby podjąć ostateczne decyzje, ale Ci nowi lekarze muszą się rozmówić z moim szpitalem i z moją ukochaną panią doktor co i kiedy możemy zrobić.
Rodzice mają bardzo smutne miny, a ja... staram się ich trochę rozśmieszać robiąc różne wariactwa, tańcząc i wymyślając coraz to nowsze miny ;-)
25 czerwca /czwartek/
Metotreksat pa pa. Zakończyliśmy kolejny protokół leczenia. Teraz 2 tygodnie przerwy a potem sterydy i powtórki. Wyniki mi trochę zleciały. Mam teraz ponad 250 tys. ale za to tylko 1400 leukocytów, w tym 500 granulocytów. No ale czuję się całkiem ok i nawet gili już prawie nie mam. Trzeba tylko bardzo uważać żebym niczego nie złapała. Mam nadzieję, że teraz te dwa tygodnie bez żadnych leków pozwolą mi się odbudować... Ostatnio zaczynam trochę mówić, czasem rodzice mnie nie rozumieją ale przecież ja tak wyraźnie mówię: czapka, huśtawka, babcia, skarpetka, kwiatek... i w ogóle takie tam. Niedawno też pierwszy raz zobaczyłam tęczę... a nawet dwie! Ale fajowskie! A dziś mnie trochę przestraszyła burza. Nie jest wcale fajowska!
16 czerwca /wtorek/
Ale się działo... widziałam morze!!! Jest świetne, nie ma jak chodzenie boso po ciepłym piasku. Chciałam też wchodzić do wody ale jakoś rodzice nie podchwycili tego pomysłu. Robiłam babki z piasku i liczyłam fale. Niestety słonko świeciło tylko w czwartek a w piątek zrobiło się bardzo zimno i rodzice mówili że jest sztorm... nie wiem co to takiego ale w piątek wcale nie wychodziliśmy z pokoju a w końcu wieczorem znów znalazłam się w samochodziku i pojechaliśmy w bardzo długą podróż do Wrocławia. Dla mnie co prawda nie trwała długo bo spałam jak mały suseł. A w sobotę i niedzielę pogoda była już cudowna. Byliśmy w ogrodzie botanicznym i w ZOO. Ale było super fajowsko!!! Widziałam żyrafę, lewka (chociaż niestety spał i nie robił wwwrrraaałłł), słoniki i inne świetne zwierzątka. Ale najważniejsze jest to, że wreszcie poznałam mojego młodszego braciszka... jest taki malutki i na razie nie biega tak jak ja, ale kiedyś będziemy razem wariować! No i w niedzielę trzeba było niestety wracać do domku a ja tak kocham podróżować! Rodzice mówią, że jestem mały obieżyświat. Wczoraj byliśmy na badaniach i trochę wyniki mi spadły ale nie są najgorsze. Mam 2400 leukocytów, w tym 1000 granulocytów i nieco ponad 100 tys. płytek. Wciąż też mam gile do pasa no ale nic poza tym mi nie dolega, mam apetyt jak wilk i jestem bardzo śmieszna ;-) W czwartek idziemy do szpitala na ostatni metotreksat. A potem 2 tyg. przerwy w domku.
9 czerwca /wtorek/
Ola i Indya już pojechały... szkoda, fajnie było mieć siostę w domciu. A mojego braciszka to jeszcze wcale nie widziałam ;-( No ale co się odwlecze to nie uciecze. Ja w międzyczasie przetrwałam trzecią dawkę metotreksatu. Jeszcze tylko jedna a potem powtórki pierwszej części leczenia przez jakieś półtora miesiąca i już koniec z nieustającym szpitalem. Jeszcze przez 2 lata będę brała chemię w domku więc trochę ciągle będę pod kloszem ale przynajmniej to już dzieje się głównie w domku... no oczywiście o ile wyniki są w porządku. Koniec metotreksatu oznacza, że dostanę serię sterydów więc znowu będę pączusiem. Moja koleżanka ze szpitala na sterydach to podobno 12 parówek na śniadanie zjada... Ojejku, co to będzie... Z nosa jeszcze trochę gile lecą ale Pani doktor pozwoliła nam wyjechać na parę dni. Jutro jak nic nie wykęcę to jedziemy z rodzicami nad morze... jeszcze w sumie nie wiem co to morze ;-) To będzie moja najdalsza wycieczka w życiu. Już nie mogę się doczekać. Opowiem wszystko po powrocie!
2 czerwca /wtorek/
Ale nie pisałam... ja cię! Ale wszystko jest dobrze. Ostatnio tylko kilka dni mi się przesunęła chemia i wróciliśmy do szpitala w czwartek. Nawet lepiej przetrwałam ten metotreksat, nie zrobiły mi się żadne krostki na buzi i takie tam. Gile też w miarę zniknęły. Teraz idziemy do szpitala znowu w czwartek na trzecią sesję. Jeszcze zostanie jedna. Ostatnio w szpitalu nie było już tak fajnie, bo byliśmy na innym oddziale i nie było żadnych moich znajomych dzieci ani cioć, ale jakoś przeżyłam i nawet byłam grzeczna, mimo że cztery dni spędziłam non stop w łóżeczku przywiązana do kabelków.
W czwartek przyjechała moja ciocia Ola z Anglii z moją siostrą Indyą. Ale jest fajowsko. Bawimy się w chowanie za zasłonki i robienie lewka wwwwrrraaałłłł!!! ;-))) A najlepsze jest kąpu ląpu - znów zachlapałam calą łazienkę!